słowa na wiatr

recenzja

Po drugie, Jadwiga Ślawska Szalewicz w Słupsku

18839594_10203532939440192_7522284563773942184_o.jpgPo drugie, Jadwiga Ślawska Szalewicz w Słupsku

Kupiłabym w Empiku, ale dzięki przyjaźni i życzliwości Autorki, dostałam przesyłką pocztową w prezencie. Czekałam na tę książkę z dwóch powodów: po pierwsze, widziałam Jadwigę piszącą, niespokojną, powracającą w rozmowach do nurtujących ją spraw dawnych, które na nowo musiała unieść, zamknąć w zdaniach, rozliczyć się z nimi.

 „Moje podróże z lotką” Jadwigi Ślawskiej Szalewicz to książka stricte autobiograficzna. Jej wyjątkowość zasadza się na przekraczaniu granicy między tym co osobiste i tym, co funkcjonuje w przestrzeni publicznej z powodów oczywistych, sport bowiem istnieje głównie w domenie publicznej, jest widowiskiem. To, co dzieje się za  przestrzenią boiska, maty, planszy najczęściej bywa przemilczane, jak to, co w teatrze za kurtyną. Jadwiga Ślawska Szalewicz tam była od zawsze, na tej wąskiej przestrzeni „między”, gdzie rodzą się osobiste emocje, toczy się prywatne życie i powstaje zamysł wielkich wydarzeń sportowych, często o randze międzynarodowej.

Najpierw judo. Sport owiany legendą Dalekiego Wschodu. Pierwsze Mistrzostwa Świata odbyły się w 1956 roku w Tokio i wzięło w nich udział 31 judoków z 21 krajów. W 1964 judo było pokazową dyscypliną na igrzyskach w 1964 roku w Tokio, a do programu igrzysk weszło w 1972. – dowiaduję się z Wikipedii. Autorka „Moich podróży z lotką” rozdział „Karuzela życia” rozpoczyna zdaniem: „Od stycznia 1966 roku pracowałam w polskim Związku Judo, moim szefem był Janek Slawski, sekretarz generalny…”,a  dwie strony dalej pisze: „27 kwietnia 1968 roku odbył się ślub Jadwigi Mazanek z Janem Ślawskim, z udziałem całej sekcji judo”.

O Janie Ślawskim jako trenerze, działaczu sportowym i zawodniku opowiadają jego zawodnicy i przyjaciele. Autorka w ocenie osoby i zdarzeń jest bardzo powściągliwa.

Jakie są w ogóle powieści autobiograficzne, dlaczego powstają? Pisane osobiście lub przez ghostwriterów? Czy to tylko potrzeba opowiedzenia o sobie, drodze do sukcesu? A może jest tak, że ludzie piszą je, aby poradzić sobie z emocjami, traumatycznymi sytuacjami ze swojego życia.

„Nazywam się Sławomir Mrożek, ale na skutek okoliczności, które zaszły w moim życiu 4 lata temu, moje nazwisko będzie znacznie krótsze – Baltazar - tak Sławomir Mrożek rozpoczyna swoją książkę "Baltazar. Autobiografia". – mówił w wywiadzie dla RMF.

Recenzent „Gazety Wyborczej” pisał: „Opowieść, którą na 250 stronach snuje Mrożek, jego własnej twórczości dotyka w najmniejszym stopniu. Kilka zdań na temat debiutanckiej "Policji", parę słów o wczesnych opowiadaniach, wzmianka o pierwszych sukcesach w teatrach na Zachodzie. I tyle. Reszta to typowa kronika rodzinna, przechodząca w pamiętnik dojrzewania i wstępowania w dorosłość.”

Książka Jadwigi Ślawskiej Szalewcz opowiada o jej życiu w przestrzeni między matą, planszą boiskiem do badmintona, a domem osadzonym w realiach kulturowych i ekonomicznych PRL-u, ze wszystkimi konsekwencjami dla kobiety niezależnej, o silnym charakterze, emancypantki XX wieku, wcielającej w życie szczytne, ale papierowe teorie równouprawnienia.

„ – Matka powinna siedzieć na tyłku w domu, skoro ma małe dziecko, a nie ganiać po świecie”-Autorka przytacza domowe pouczenia własnej, niezadowolonej z aktywności córki, Mamy. 

Obok tego zabawne z perspektywy czasu anegdoty o organizacji wielkich międzynarodowych imprez, w czasach, kiedy wszystko trzeba było „załatwić”. Jadwiga Szalewicz nie ukrywa, że uroda, temperament i zdobywana podczas studiów i w pracy wiedza, dawały jej przewagę. Potrafiła wszystko i wszędzie, ponieważ dodatkowym atutem była empatia wobec ludzi.

Taki charakter, nasycony empatią ma jej relacja ze znajomości z Jerzym Pawłowskim, najpierw hołubionym szablistą wszechczasów (nie wiem dlaczego w książce konsekwentnie zastosowano pisownię rozdzielną), później skazanym za szpiegostwo na więzienie i zapomnienie. Autorka przytacza obszerne fragmenty autobiografii Jerzego Pawłowskiego „Najdłuższy pojedynek. Spowiedź szablisty wszechczasów - agenta CIA” Nie wiem, nie jest to obszarem mojego zainteresowania, ale zastanawiam się, czy można by wyprowadzić jakąś paralelę z historią Ryszarda Kuklińskiego. Pawłowski zignorował propozycję wyjazdu do USA. Mówił, że nie mógł postąpić inaczej.

„Malował więc obrazy i realizował się jako bioenergoterapeuta. Nie potrafił jednak przeboleć, że w kraju fetowano najpierw Mariana Zacharskiego (z którym mógł się minąć na berlińskim moście, gdyż ten był obiektem wymiany ze strony Amerykanów), potem w mediach królował płk Kukliński. Natomiast o nim zapomniano. Zmarł na zawał 11 stycznia 2005 roku. Jego śmierć przeszła niemal bez echa, choć odszedł jeden z najwybitniejszych sportowców Polski.”- doczytałam pod adresem: http://www.newsweek.pl/polska/o-tym--jak-prl-owski-playboy-i-agent-ub-zostal-szpiegiem-cia,75128,1,1.html

Autorka „Moich podróży z lotką” nie ocenia, nie usprawiedliwia, ale odsłania jeszcze jeden aspekt pozasportowego wikłania sportowców w machinę peerelowskich zależności.

Że sprawy osobiste i praca na rzecz sportu łączą się w życiu Jadwigi Szalewicz w jedno, świadczy jej znajomość z Andrzejem Szalewiczem: „5 sierpnia 1977 roku w restauracji „Adria” po raz pierwszy spotkałam Andrzeja Szalewicza, tymczasowego „prezesa” nieistniejącego wówczas związku badmintona.” Z jego inicjatywy, ale razem tworzyli podstawy nowej olimpijskiej dyscypliny sportu:

„Andrzej Szalewicz przyjeżdżał popołudniami do biura na ulicę Mazowiecką. Opracowywaliśmy statut, regulaminy…”, tak rozpoczyna się historia polskiego badmintona.

Lata współpracy zawodowej zmieniły charakter osobistych relacji. Jadwiga została żoną Andrzeja, od dwudziestu pięciu lat tworzą udany związek, wzajemnie się wspierając. Miałam wyjątkową okazję poznać ich oboje.

Nie, nie zapomniałam, że miało być po drugie. Po drugie, czekałam na książkę Jadwigi Ślawskiej Szalewicz z powodu Słupska. W ostatnim rozdziale, poświęconym Klaudii Majorowej, autorka „Moich podróży z lotką” opowiada o swoich związkach ze Słupskiem, częstych wizytach w czasie, kiedy powstawała szkoła mistrzostwa sportowego i sekcja badmintona w SKB Słupsk.

„Krzysztof Englander zaproponował Klaudii grę w barwach klubu „Piast” oraz pracę z dziećmi.”- pisze. Historię Klaudii, która przygotowywała do zawodów Kamilę Augustyn i Piotra Żołądka Jadwiga Ślawska Szalewicz przedstawia rodzinnie i sportowo, opowiadając o perypetiach związanych z powstaniem szkoły mistrzostwa sportowego – o rozmowach z Zygmuntem Kołodziejem, dyrektorem szkoły nr 2 i z prezydentem Słupska, Jerzym Mazurkiem.

„Od tej pory moje wizyty w Słupsku były dość częste. (…)Przyjechałam ze szczegółowymi planami, a także projektem budżetu. Prezydent był pełen optymizmu. Wiedziałam, że wszystko zależy od Zarządu Miasta”

Szkoła powstała, jakżeby inaczej. Klaudia Majoroawa kilka lat przygotowywała juniorów do startu w zawodach międzynarodowych, również IO (dramatyczna historia utrącenia startu pary Nadia Kostiuczyk i Kamili Augustyn - Ateny 2004). Ostatecznie, o wycofaniu się Klaudii Majorowej z powodu nieporozumień z koreańskim trenerem Kim Young Moon, opowiada ona sama w rozmowie przytoczonej przez autorkę książki. Z pewnością temat zainteresuje środowisko sportowe miasta.

Książka rozpoczyna się i kończy rozdziałem związanym z malarstwem, ujętym w wątek artystyczno – detektywistyczny. „Dziewczynka z lotką” Jean- Baptistte Simeon Chardin’a z 1737 roku to historia poszukiwania obrazu przedstawiona w Prologu książki, wprowadza w świat zainteresowań, wrażliwości i przygód Jadwigi Ślawskiej Szalewicz, która zdecydowała się opowiedzieć o swoim życiu, by się rozliczyć ze sobą i przypomnieć Czytelnikowi miniony czas, o którym mówimy „słusznie miniony”. Niestety, nam, zanurzonym w tym czasie, wtedy właśnie wypadło realizować swoje marzenia i ambicje.

W zakończeniu również znajdziemy malarski temat. To historia  księcia Sułkowskiego. „Z portretem małego księcia Sułkowskiego łączy nas wielki sentyment. Na jego podstawie jeden z najlepszych polskich medalierów Edward Gorol zaprojektował medal, który wybiła Mennica Polska. Medal ten przez wiele lat był wręczany podczas najważniejszych imprez mistrzowskich i międzynarodowych”

Zwarta kompozycja, żywa narracja, ciekawy temat przedstawiony osobiście, emocjonalnie, z perspektywy „normalnego człowieka” to atuty książki Jadwigi Ślawskiej Szalewicz, które nie pozostawią Czytelnika, również tego, dla którego sport jest odległą dziedziną, obojętnym wobec punktu widzenia Autorki.

Fotografia ze strony FB Jadwigi Ślawskiej Szalewicz